To Top
Archiwum miesięczne

Październik 2010

Upragniony muflon

30 października 2010

Już kilka sezonów planowałem poświęcić trochę czasu na ten gatunek, ale zawsze coś stawało mi na przeszkodzie. W zeszłym roku otarłem się o samicę z młodym. Fotografując storczyka podkolana białego w sudeckiej dąbrowie dosłownie naszła na mnie owca z jagnięciem. Niestety za późno sięgnąłem po teleobiektyw…

W tym roku zagiąłem na muflona parol. Najpierw spróbowałem podchodu w znanej mi od lat ostoi muflona na Pogórzu Kaczawskim. Niemal wszystko zagrało – pogoda, kierunek wiatru, maskowanie… Niestety, niemal wszystko :-) Otóż, gdy wolno, od drzewa do drzewa płynąłem po jesiennym lesie i wydawało mi się, że już za chwilę dane mi będzie ujrzeć pierwszego muflona, zobaczyłem… psa. W środku lasu myśliwska psina snuła się z nosem przy ziemi i o mało co nie odbiła się ode mnie :-)  Oszczekała mnie krótko, dla kurażu i oddaliła się. Podchód w tym rewirze zakończony… Skręciłem zatem w drugi znany mi mufloni rewir. Ale i tam spotkałem tego samego psa…

Żeby nie tracić dnia pojechałem na śródleśne łąki z zamiarem pozostania tam do wieczora i zobaczenia, czy gdzieś muflony nie wychodzą na żer. Dokładnie o siedemnastej dostrzegłem dwa muflony żerujące pod lasem, w odległym końcu łąk. O zdjęciach dziś nie było mowy. Ale ponieważ zwierzęta pasły się blisko ambony, postanowiłem wrócić tu nazajutrz i zaczaić się na nie na ambonie.

Następnego dnia udałem się najpierw do jeszcze jednego z muflonich rewirów. W ciepłolubnej dąbrowie ze skałkami spotkałem co prawda jednego osobnika, ale rokowania na zdjęcia były słabe. Podchód utrudniała przejrzystość dąbrowy (las prawie bez podszytu) oraz opadłe już, suche, szeleszczące pod krokami liście. Po pewnym czasie zawróciłem, zwłaszcza że słońce zaczęło już mocno świecić dając zbyt duże kontrasty.

Pojechałem więc na namierzoną wczoraj ambonę. Może tu się uda? Jeśli jest to stałe żerowisko zwierząt, mam szansę na zdjęcia, a jeśli wczoraj muflony pojawiły się tu tylko przygodnie? Cóż, bez zasiadki tego nie sprawdzę. Poza tym nie mam nic do stracenia – to moja „ostatnia deska ratunku” (wiem, że przez najbliższe dwa tygodnie nie będę mógł tu przyjechać). Już o trzynastej jestem na ambonie. Po dwóch godzinach, kiedy jest jako taka pewność, że zniknął zapach człowieka, zaczynam niecierpliwie zaglądać przez szczeliny w deskach ambony. Im bliżej piątej po południu tym bardziej się emocjonuję. Co chwila sprawdzam godzinę… jeszcze trochę, a ona wybije, a tu…są! Za cztery piąta(!) pojawiają się dwa muflony. Dwa tryki zgodnie pasą się na łące nie oddalając się zbyt daleko od ściany lasu. Robię upragnione zdjęcia muflona. Większość czasu kieruję obiektyw na starszego tryka, o mocno poskręcanych rogach – ślimach.

Dodaj komentarz

Guy Grieve: „Zew natury. Moja ucieczka na Alaskę”

27 października 2010

Tęsknota za doświadczeniem dzikiej przyrody pchnęła Autora do wyjazdu na Alaskę. Ta sama tęsknota skłoniła mnie do nabycia i przeczytania jego książki wydanej ostatnio w polskim tłumaczeniu przez Wydawnictwo Dolnośląskie. Sięgnąłem po nią z wielkimi nadziejami. Sam na sam z Alaską – to może być to!

Pewien Szkot zostawia frustrująca biurową pracę i wyjeżdża na Alaskę, gdzie buduje chatę, w której spędza zimę robiąc wypady po okolicach psim zaprzęgiem; trochę poluje. Zaprzyjaźnia się z miejscowymi Alaskanami, których odwiedza. Utrzymuje kontakt telefoniczny z żoną i małymi dziećmi oraz śle artykuły o swoim pobycie do prasy.

Warto było tę książkę, raz jeden, przeczytać. Choć jest nieco przydługa… Wiele drobiazgowych opisów zwykłych czynności przydaje książce cechy reporterskiej relacji. Z drugiej strony to właśnie konkretne opisy-przepisy radzenia sobie w surowych zimowych warunkach w alaskańskiej puszczy są najmocniejszą stroną książki Grieve’a (mniej opisy jego wypadków, częstokroć wynikające z nieroztropności).

Choć akcja książki dzieje się w dzikiej przyrodzie, pozostaje ona na drugim planie. Na pierwszym jest praca przy budowie chaty, powożenie psim zaprzęgiem, spotkania z Alaskanami… A każde spotkanie z dzikim zwierzęciem odbieranie jest przez Guya jako bezpośrednie zagrożenie życia człowieka. Obojętnie czy to będzie baribal, grizzly, wilk czy… łoś.

Jednak długie tygodnie samotnego przebywanie w leśnej głuszy robią swoje i Autor ulega urokowi dzikiej przyrody. Pewnego wieczoru wypowiada taką oto intrygującą refleksję:

„Ciągle jeszcze nie zabrałem się do czytania wierszy, które dostałem od przyjaciela, i teraz przekonałem się, że poezja nie jest mi potrzebna. Sztuka może co najwyżej liczyć na zbliżenie się do natury, lecz nigdy nie zdoła jej przewyższyć. Być może dzieje się tak dlatego, że istniejemy tylko przez krótką chwilę i nasze zmysły są zbyt niedojrzałe, abyśmy mogli w pełni oddać głębię otaczającego nas piękna.”

Na koniec… szacunek dla Autora za odwagę i determinację w realizacji wytyczonego sobie celu. I za wytrwanie z samym sobą. A odwagę czerpał Grieve i z lektury Jacka Londona, i od przyjaciół, a jak mówi irlandzkie przysłowie: „dwie trzecie pomocy to dodać odwagi”.

1 Komentarz

Październikowym porankiem…

24 października 2010

…wędruję przez jesienny las. Ostatnim akordem odchodzącej nocy jest bledniejąca tarcza księżyca. Luna rozdziewa swe białe szaty oddając je trawom w postaci szronu. Czekam na skraju polany w nadziei, że coś się wydarzy. Choć i same bycie w kolorowym lesie jest ambrozją dla zmysłów. Promienie niskiego słońca coraz mocniej podświetlają barwne liście. Nagle na polanę wbiega daniel. Młody byczek staje paradnie i spogląda prosto na moją skuloną postać. Nie może mnie rozpoznać…

Po chwili oddala się. Tkwię nadal w kuckach zauroczony niebywałym spotkaniem. Ale na tym nie koniec. Po paru minutach z przeciwległego krańca polany idzie w moją stronę drugi, starszy byk daniela. Fotografuję go, gdy wchodzi w słoneczną plamę. Życie jest piękne!

Potem wkraczam pod leśny baldachim i wolno przemieszczam się od dębu do paklonu, od paklonu do graba, od graba do lipy… Słońce coraz śmielej zagląda w leśne uroczysko pobudzając do śpiewu ptaki; jak na wiosnę! Śpiewają lub podśpiewują: strzyżyk, pełzacz leśny, bogatka, kowalik, rudzik. Odnoszę wrażenie, że nie są to ani śpiewy znakujące rewiry ani wabiące samicę, a raczej spontaniczna, choć krótkotrwała radość istnienia…

3 komentarze

Artur Tabor: „Bug. Pejzaż nostalgiczny”

22 października 2010

Chyba najciekawszy album jaki nam Artur pozostawił… Fotograficzny zapis czasów, które nieubłaganie odchodzą… Czarno-białe datowane zdjęcia tworzą fotokronikę życia Nadbużan na przełomie wieków.

Pstryk… i dwoje staruszków znieruchomiało na uginającej się ławeczce przed chatą, obok okna i sterty starannie ułożonych, przyciętych siekierą patyczków na rozpałkę do pieca. Pstryk… podwórze z pootwieranymi drzwiami od domu i od stodoły czy kurnika, stojące rowery, dziobiące kury, wiszące pranie, i nagi tors gospodarza wskazującego coś w górze. Pstryk… polna piaszczysta droga, dmuchawce, pastwisko, patrzące krowy, wiatrak z dziurawym podbrzuszem. Pstryk… dwaj chłopcy na płocie wyciągający ręce i przemawiający do byczka Fernando. Pstryk… odpoczynek na tyłach pielgrzymki, pod brzozą, z pochyloną głową, boso, z fałdami sukienki podkreślającymi długie nogi.

Na zdjęciach niemal czuć zapach czasów minionych i mijających. A na tych najbardziej współczesnych – niespieszny czasu upływ.

W tym albumie Artur zostawił nam jeszcze kilkanaście pięknych tekstów. Również one są zapisem odchodzących czasów albo prostego życia ludzi w zgodzie z…, no właśnie z czym? z naturą? ze swoim przeznaczeniem? z wiarą? Jakkolwiek by było, prawie zawsze jest to obraz życia niespiesznego. Owe teksty zawierają oprócz akcentów nostalgicznych także porcję humoru. I zawsze między wierszami czuć ciepły stosunek Autora do spotykanych i fotografowanych ludzi.

Takie życie było pewnie Arturowi najbliższe (pamiętam, że trochę utyskiwał na narastający pośpiech cywilizacyjny) – spokojne życie niespiesznych ludzi, w bliskim kontakcie z przyrodą.

Dodaj komentarz

Wirujący na wietrze

17 października 2010

Wędrując dziś po lesie szukam jesiennych klimatów. Wszędzie brylują kolorowe liście. Ścielą się już na dnie lasu a jednocześnie wiszą jeszcze wcale licznie. A na dodatek opadają. Gdzie skierować oko obiektywu? Oczywiście i tu, i tu, i tu. Kolorowa jesień obdarza fotografa przyjemnym nadmiarem. Chodząc tak od tematu do tematu znajduję liść dębu uwięzły w pajęczynie. Smagają go powiewy wiatru i… promienie słońca. Jest cudownym symbolem jesieni. A więc nie pejzaż, lecz detal, jak w łacińskiej sentencji: pars pro toto – wirujący na wietrze liść…

2 komentarze

Tatry. Galeria JESIEŃ

3 października 2010

Zapraszam do obejrzenia drugiej odsłony moich tatrzańskich fascynacji – galerii zdjęć z wyprawy wrześniowej. (Pierwszą część można obejrzeć pod datą 7 lipca 2010 – „Tatry. Galeria LATO”)

~  MAGICZNY WSCHÓD SŁOŃCA  ~

~  PRZYMIERZE NIEBA I GÓR  ~

~  JESIENIĄ NA HALI GĄSIENICOWEJ  ~

~  WŁADCA SKALNEJ DOLINY  ~

~  OBŁOKI NAD GIEWONTEM  ~

~  KOSÓWKA PRZETYKANA JARZĘBINĄ  ~

~  NIEDŹWIEDZI TRUCHT  ~

~  PORANEK W ZROSZONEJ KOSÓWCE  ~

~  WRZOSY NA ORNAKU  ~

~  MACIERZYŃSTWO KOZIC  ~

~  TATRZAŃSKA TUNDRA  ~

~  CZERWONY ŻLEB W DOLINIE TOMANOWEJ  ~

~  RODZEŃSTWO  ~

~  ZMIERZCH Z KONDRACKIEJ PRZEŁĘCZY  ~

~  KSIĘŻYCOWA NOC W REJONIE  ŚWINICY  ~

13 komentarzy

© Copyright 1990-2026 Grzegorz Bobrowicz. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie zdjęć i treści wymaga pisemnej zgody autora.

Powrót do góry