Odczucie pejzażu

31 sierpnia 2010, wtorek

Fotografia pejzażu to ta dziedzina fotografii, do której zawsze powracam, jak do źródła. I cenię ją najwyżej. Nigdy nie zastanawiałem się nad konotacjami samego pejzażu. I oto natykam się na interesujący wywód  Simona Schammy (“Landscape and Memory”):

“Choć mamy zwyczaj odróżniać królestwo przyrody od dziedziny ludzkiego postrzegania, są to byty w istocie nierozłączne (…), pejzaż jest dziełem umysłu, skonstruowanym w równej mierze z warstw naszej pamięci, jak z pokładów skał.”

Zaduma nad tymi słowami prowadzi do konstatacji, że rzeczywiście często tak bywa; zwłaszcza gdy pejzaż jest rozległy lub gdy widać ślady kształtowania go “ludzką ręką”. Jeśli jestem gdzieś kolejny raz, zawsze sięgam pamięcią do poprzednich wizyt albo do obrazów lub opisów innych oglądanego właśnie pejzażu. Niemal tak samo czuję, gdy pejzaż przypomina podobny widziany wcześniej, np. w innym miejscu tej samej krainy. Oto pejzaż odrzański z zakątka ziemi lubuskiej, gdzie dotarłem po raz pierwszy w życiu w tym miesiącu, ale który przypomina mi inne pejzaże Nadodrza:

Ale są też miejsca, które nie ewokują takich skojarzeń. To dzikie pejzaże intymne. W nich można się zatracić i stworzyć obraz nie odwołujący się (prawie?) do naszej pamięci. Oto taki pejzaż intymny, z tej samej fotoseseji:

Wydaje się, że im rozleglejszy pejzaż tym więcej sięgania do pamięci, im bardziej intymny (“ciaśniejszy”) – tym mniej. Aż do momentu, gdy pejzaż intymny przechodzi w obraz abstrakcyjny. Nie uruchamia się wtedy pamięć. To sfera czystej kontemplacji.

  0


Wiosna światła

23 sierpnia 2010, poniedziałek

Rosjanie wyróżniają kilka wiosen. Najpierwszą z nich jest “wiosna światła”. Widziałem ją w przyrodzie, fotografowałem, widziałem też w rosyjskich albumach krajobrazowych i na obrazach Lewitana. A teraz czytam piękny jej opis u Mariusza Wilka (“Wilczy notes”):

“Wiosna tu światłem – jak batem – tnie w ślepia… jak basior je mrużę po mroku barłogu – po zimie ponurej i srogiej. Zewsząd bije blask: w powietrzu śnieżny pył iskrami tańczy, na sztywnych trawach świeci szreń, z sopli zwisają krople ogni i cały świat się wokół skrzy, jakby ktoś brylanty rozrzucał garściami – w słońcu. A z drugiej strony: błękitnawe cienie wycinają negatyw świata na śniegu, w mroku lód blikuje, para z ust bucha i chłodem ciągnie – w cieniu. Morze jeszcze śpi pod grubą pokrywą lodu, w której foki, tu i ówdzie, dziury wychuchują, by na słońcu lec. Sunąc na nartach śród torosów, trzeba uważać, żeby nie wpaść do takiej dziury, przysypanej śnieżkiem. Dalej, na grani lodowej pokrywy i odkrytej wody, horyzont drży jak rozlana rtęć. Tam sztormy spiętrzają kry, jedną na drugiej, tworząc oniryczne budowle z brył lodu i światła: gmachy bez dachów, ściany donikąd, baszty bez celu i bramy na przestrzał, ślepe uliczki, głuche zaułki… a la Piranesi. W tych krach, jak w grudach kryształu, promienie słońca się rozszczepiają na blady seledyn, modry i róż – jeśli ze światłem patrzeć. Natomiast pod światło ciekną łzy, w których zimne ognie grają. Po wielu godzinach włóczęgi po morzu wracam do domu jak z  i n n e g o  świata.”

  0


O prawdzie

21 sierpnia 2010, sobota

“Być może prawda jest z natury taka, że uniemożliwia obcowanie ludzi z ludźmi, w każdym razie obcowanie za pośrednictwem słowa. Każdy może ją znać dla siebie, ale po to, żeby wejść w związki z bliźnimi, musi wyrzec się prawdy i przyjąć jakiekolwiek umowne kłamstwo.”

Lew Szestow “Preposlednije słowa”, 1911

  0


Napoleona niema skarga

16 sierpnia 2010, poniedziałek

Jeszcze żyje… Jest najgrubszym dębem w Polsce. Mierzy ponad dziesięć metrów w talii i ma prawie siedem stuleci na karku. Nazwano go “Dąb Napoleon”. Rośnie u podnóża skarpy pradoliny Odry pod Zaborem na ziemi lubuskiej. Imponujący, zwłaszcza od strony zachodniej i… od środka! Przez przerwę w pniu można do niego wejść. Wewnątrz jest niesamowita przestrzeń. Można się poczuć jak w katedrze.

Tak się czułem dziesięć lat temu, kiedy odwiedziłem go po raz pierwszy. Wtedy od środka dąb miał brązową barwę próchna, które pachniało upływającym czasem… Dziś też nie omieszkałem wejść do środka i też poczułem jego katedralną strzelistość. I upływ czasu. Zmieniła się tylko jego barwa od środka. Teraz jest smolistoczarny – to pamiątka po pożarze (z roku 2004, jak się dowiedziałem z tablicy informacyjnej). Jakiś czas pozostaję wewnątrz matuzalema kontemplując jego ogrom i wiekowość. Znajduję dziury w pniu po konarach, które układają się w maskę o osobliwym wyrazie jakby skargi drzewa…

  0


Opis przedwiośnia na Północy

13 sierpnia 2010, piątek

Coraz mniej ludzi czuje przyrodę, coraz mniej w literaturze opisów przyrody. Może jeszcze u Andrzeja Stasiuka i… Mariusza Wilka. Właśnie czytam, już po raz drugi, “Wilczy notes” Mariusza Wilka. I natykam się na taki oto opis przedwiośnia na Dalekiej Północy:

“Najpierw lód podchodzi wodą, niby zsiadłe mleko. Robi się gąbczasty, chlipki i zdradliwy. Gdzieniegdzie żółknie, gdzie indziej szarzeje… brudną smugą. Daleko, na horyzoncie, pojawia się pasmo żywej wody, jakby nitka światła. To morze idzie ku nam. A z nim ptaki. Pierwsze przylatują czajki. Potem lód czernieje i pęka, jak spalona ziemia. Poprzerzynany szczelinami, potrzaskany, tu i ówdzie jeszcze się piętrzy, trzeszczy, a miejscami już zapada w głąb. Pasmo żywej wody na widnokręgu rośnie, skrzy się, migoce. Wiatr przynosi zapachy morza, krzyki ptaków. Lecą żurawie, łabędzie, gęsi… Wreszcie pierwszy wiosenny sztorm z hukiem rozbija lód. Fale drobią kry. Woda miele śryż. Morze tuż. I ptactwa zamieszanie: wrzeszczą, bulgocą, biją skrzydłami, nurkują, plotkują, trachają się. Ostrygojady, nury, alki krzywonose, krochole, edredony, czubatki, kronsznepy, rżanki, turuchtany, szyłochwosty, gągole, zujki, kazarki… Otwieramy okna. W mgnieniu oka dom jest pełen ptasiego zgiełku, woni bitumu i mata… To mużyki łodzie łatają, smołują. A na ostatniej krze, powoli dryfującej w kierunku otwartego morza, odpływają cztery tłuste foki, brzuchami do góry.”

Bardzo to plastyczne, wręcz sensualne. Kiedy zmróżę oczy widzę ten kołyszący się lód i sylwetki ptaków; ich rosyjskie nazwy znakomicie oddają klimat przyrody Północy.

  0


O twórczości

12 sierpnia 2010, czwartek

” Bo cela jest najważniejsza. To pryncypium twórcze. Tylko w celi widać to, co zbyteczne, co należy usunąć. Proces tworzenia jest niczym innym, jeno ograniczaniem się, jak w ascezie, do niezbędnego. Prawdziwa twórczość ze Światła bierze początek. A Światło tylko w ciszy, w samotności można znaleźć – w sobie. Inni cię zawsze na wierzch wytaszczą, z siebie wywloką, w mrok. Dlatego należy się zamknąć, jak w celi, w tym, co robisz, i podróżować, nie ruszając z miejsca.”

Mariusz Wilk: relacja Brata – drzeworytnika krzyży – z Wysp Sołowieckich (“Wilczy notes”).

  0


Władimir K. Arsenjew: “Dersu Uzała”

10 sierpnia 2010, wtorek

Lasem moich marzeń, najdzikszym, pierwotnym matecznikiem, od zawsze była tajga; a najbardziej charyzmatycznym zwierzęciem – tygrys. Jest tylko jedno miejsce na ziemi, gdzie te moje marzenia mogą się spleść w jedno mega marzenie: usłyszeć-zobaczyć-sfotografować tygrysa w tajdze. Tym miejscem jest najdziksza z najdzikszych – tajga ussuryjska…

I właśnie w niej toczy się akcja książki Władimira Arsenjewa “Dersu Uzała”. To dziennik podróży po kraju ussuryjskim w 1907 roku. Książka ta, o przyjaźni podróżnika-kartografa z przewodnikiem-myśliwym z plemienia Goldów, została osławiona filmem Akiry Kurosawy. Mnie, obok wątku głównego – przyjaźni głównych bohaterów i fascynującej, nieco zmitologizowanej postaci Dersu – interesuje także warstwa geograficzno-przyrodnicza tej książki.

W niej Arsenjew okazuje się wytrawnym obserwatorem. Rzeczowe i plastyczne opisy rzek, gór, skał, drzew, krzewów, ziół, ptaków czy ssaków… a także dokładne umiejscawianie eksplorowanych terenów, datowanie opisów i wplatanie w nie informacji pogodowych… wszystko to sprawia, że książka ta do dziś stanowi znakomite źródło informacji o przyrodzie Kraju Przymorskiego.

“Dersu Uzała” to druga część przygód Arsenjewa i Dersu w ussuryjskiej tajdze. W zapowiedziach wydawcy – poznańskiej oficyny Zysk i S-ka – jest i jej pierwsza część: “Na bezdrożach tajgi”. Czekam z niecierpliwością, wszak muszę się dobrze przygotować, zanim wyruszę na tropienie tygrysa w ussuryjskiej tajdze…

  0


Rosi(ewi)czki

05 sierpnia 2010, czwartek

Jak zwykle o mało bym jej nie przegapił. Dziwne, ale za każdym razem spodziewam się rośliny znacznie większej. Poza tym torfowisko na którym dziś byłem w ostatnich latach znacznie przeschło i zaczyna zarastać trzęślicą. Znalazłem tylko kilka głębszych miejsc ze stagnującą wodą i kępkami przygiełki białej. Gdybym się nie pochylił nad przygiełką…

… to bym nie dojrzał zaledwie dwucentymetrowej rozetki liści rosiczki okrągłolistnej. Ależ maleństwo! Teraz z nosem przy ziemi przemierzam oczka na torfowisku. Ta metoda sprawdza się. Znajduję jeszcze kilka tych rosiczek oraz dwie większe rozetki rosiczki pośredniej.

Znajduję też rosiczki pod wodą, zatopione wskutek ulewnych opadów deszczu. Te są większe. Miarkuję zatem, że widziane przed chwilą maleństwo to nowa roślina, dopiero co wyrosła po „powodzi”. Zabawne są te rosiczki, rzec by można  „rosiewiczki” :-)

  0


Zapach pachnicy

01 sierpnia 2010, niedziela

>>Może spróbować poszukać za dnia? Literatura entomologiczna podaje, że najbardziej aktywne są te owady letnim popołudniem.<< Tak dziś rozmyślałem udając się w jedno ze stanowisk tego objętego szczególną pieczą w krajach Unii gatunku chrząszcza. Kilka lat temu udało mi się go sfotografować, ale w trudnych warunkach – był za wysoko i było za ciemno. Zdjęcia powstały, ale niezadowalające…

Zatem dzisiaj byłem przy starych dębach z wielkimi dziuplami krótko po trzeciej po południu. I już przy pierwszym dębie-matuzalemie spotykam pachnicę. Wielki owad leci niczym bombowiec w głąb lasu na wysokości około dziesięciu metrów nad ziemią. Poza strefą zdjęć makro, ale to dobry znak – pachnice są dziś aktywne!

Oględziny drugiego dębu nie przynoszą rezultatów. Za to przy trzecim dębie czeka mnie niespodzianka – na pniu, blisko wylotu dziupli siedzi ten “wielki żukowaty”. Nie dość, że siedzi, to jeszcze nieźle oświetlony, a co najważniejsze zaledwie – marzenie – metr nad ziemią! Ostrożnie oddalam się, potem gnam do samochodu po sprzęt i szybko wracam z aparatem już zamocowanym na statywie. Pachnica siedzi jak zamurowana. Robię kilka serii zdjęć. Początkowo nieruchomy chrząszcz zaczyna się poruszać. Idzie wyraźnie w kierunku dziupli. Tak powstaje zdjęcie maszerującej pachnicy:

Zanim pachnica znika w czeluści dziupli udaje mi się ja powąchać. Ostry, przenikliwy zapach. Przyjemny. Kojarzy mi się z jakimś zapachem łazienkowym, ale z tych ostrych, co mają maskować inne… Nie mogę sobie przypomnieć z jakim…

  0


Lynn Schooler: “The Blue Bear”

31 lipca 2010, sobota

Idąc tropem swoich fascynacji fotografiami Michio Hoshino natknąłem się na książkę Lynna Schoolera. Opowieść o przyjaźni Autora – alaskańskiego przewodnika – z japońskim fotografem. Okazuje się, że Lynn przez wiele lat przyjaźnił się z Michio. Byli kongenialni w przeżywaniu dzikiej przyrody.

Początkowo Michio “wynajmował” Lynna, aby ten obwoził jego i ekipę japońskich filmowców po Alasce. Potem były i wyprawy we dwóch, bez ekipy, jachtem Lynna, który użyczając swojej gruntownej wiedzy o przyrodzie, dopływał do najpiękniejszych zakątków południowego wybrzeża Alaski. Spotkania z cielącymi się lodowcami, wyskakującymi z oceanu waleniami, polującymi na łososie niedźwiedziami są kanwą opowieści Lynna.

Na tle ich fotograficznych przygód – wieloletnich podróży w poszukiwaniu legendarnego niebieskiego niedźwiedzia – zarysowuje się ich przyjaźń. Obok niesamowitych opowieści-przygód o dzikich zwierzętach, na stronach tej książki pojawiają się refleksje… o kołowrocie życia i śmierci w przyrodzie, o zmienności pół roku, o dynamicznych zmianach w przyrodzie (poruszający opis lasu ginącego pod naporem lodowca, a następnie odradzającego się etapami po ustąpieniu lodowca; notabene za życia jedynie dwóch-trzech pokoleń)… To właśnie te refleksje należą do najmocniejszych stron książki Lynna Schoolera.

Niesamowita książka… Przeczytałem jej tłumaczenie na niemiecki, bo na wersję oryginalną musiałbym dłużej czekać :-), a niemiecką dostałem po dwóch dniach od zamówienia. Obie wersje wyszły w 2002 roku.

  0


© Copyright 1990-2010 Grzegorz Bobrowicz. Wszelkie Prawa Zastrzeżone.
Kopiowanie zdjęć i treści wymaga pisemnej zgody autora.

Powered by : WordPress Projekt i wykonanie: Marek Polak